Benedykt XVI i jego lektura Ewangelii. – Uważał te książki za ukoronowanie swojej pracy teologa, myśliciela i intelektualisty – mówił w Polskim Radiu publicysta Marek Zając o
Stąd, sami musimy kontemplować Oblicze Chrystusa, czerpiąc inspirację z Pisma Świętego, ze świadectwa uczniów Pana i tradycji chrześcijańskiej. Tęsknota Psalmisty sprzed stuleci: Szukam, o Panie, Twojego oblicza (Ps 27,8) jest też wołaniem dzisiejszego człowieka, dla którego ślady obecności Jezusa na ziemi pomagają mu
– W telefonie mam chyba sto przedstawień Jego twarzy. Pytałem Go: Panie Jezu, jaki jesteś? Jakie jest Twoje oblicze? – mówi Wojciech Głogowski, jeden z artystów odczytujących na nowo postać Chrystusa z wizji s. Faustyny. Malarz z Wrocławia należy do grona dziesięciu twórców zaproszonych do udziału w projekcie „Namalować katolicyzm od nowa”. W jego ramach tworzą współczesne wersje obrazu Miłosierdzia Bożego – wyrażone nowym językiem artystycznym, lecz wierne wskazaniom Jezusa zamieszczonym w „Dzienniczku”. Projekt jest realizowany przez Fundację św. Mikołaja i Instytut Kultury św. Jana Pawła II z rzymskiego Angelicum. Musisz mi się objawić– To chyba najbardziej „malarskie” z objawień – mówi artysta o wizjach św. Faustyny Kowalskiej i poleceniu, jakie usłyszała: „Wymaluj obraz według rysunku, który widzisz”. – Pan Jezus podał konkretny wzór, archetyp, jak w ikonach. Jednocześnie zapiski mistyczki pozostawiają mnóstwo przestrzeni do artystycznej interpretacji. W „Dzienniczku” zawarte zostały wskazówki dotyczące białej szaty, ręki uniesionej w geście błogosławieństwa, promieni. Każdy z tych elementów można jednak różnie ukazać. – Zastanawiałem się przede wszystkim nad twarzą Jezusa – nad tym, jakie jest Jego oblicze dla mnie. Dla mnie – bo On mnie też musi się w jakiś sposób objawić. Mam tylko swój odbiór. Jeśli to do mnie przemówi, jest szansa, że przemówi także do innych – zauważa malarz. Wojciech Głogowski szukał inspiracji w różnych albumach, przyglądał się całunom, mandylionom, ikonom, dziełom malarstwa tablicowego, rozmaitym słynnym wizerunkom Chrystusa – jak choćby z klasztoru na Synaju i Całunu Turyńskiego – W telefonie mam chyba sto przedstawień Jego twarzy – mówi. Najbliżej, jak mówi, było mu do Chrystusa na średniowiecznych tablicowych obrazach, z ok. 1400 roku, z kręgu malarstwa czeskiego, śląskiego. Jezus według przedstawienia Głogowskiego ma w sobie też coś z portretów fajumskich, ikon, malarstwa sarmackiego. – Faustyna zanotowała, że spojrzenie Jezusa ma być „jak z krzyża”. Co to jednak dokładnie oznacza? Czy chodzi o spojrzenie pełne bólu, cierpienia, czy leczące, zbawiające? – zastanawia się. Zauważa, że na obrazie autorstwa Eugeniusza Kazimirowskiego Jezus ma spuszczone oczy. – Dla mnie ważne było jednak to, by komunikował się z patrzącym – podkreśla. Dodaje, że nie jest łatwo namalować takie spojrzenie. Brązowe oczy Zbawiciela na obrazie są bystre i uważne. Jest pogodny, choć nie roześmiany, miłosierny i pełen do Serca?Malarz musiał rozstrzygnąć wiele kwestii. Na przykład jak wyrazić tajemnicę ciała uwielbionego, przemienionego? Jak powinna wyglądać szata Jezusa? Gdzie umiejscowić ranę, z której tryskają promienie? Co zrobić z aureolą? – Najważniejsze na moim obrazie są twarz i serce – tłumaczy. – Na szacie nie chciałem się skupiać. Nie wiadomo o niej zbyt wiele poza tym, że ma być biała. Czytałem jednak wypowiedź pewnej krawcowej, która zauważyła, że szata na obrazie Kazimirowskiego jest ewidentnie za duża. Utrudniałaby chodzenie… U mnie jest krótsza. Niesymetryczny dekolt nawiązuje do podobnych rozwiązań znanych z wczesnych ikon, które powstawały w Egipcie. Artyście długo nie dawała spokoju rana serca. Jezus w „Dzienniczku” Faustyny mówi: „Te dwa promienie wyszły z wnętrzności miłosierdzia Mojego wówczas, kiedy konające serce Moje zostało włócznią otwarte na krzyżu”. Mowa jest o sercu, ale na wizerunkach ukrzyżowanego Chrystusa malarze zwykle ukazywali Jego przebity bok – przez który pewnie włócznia dosięgła serca. Skąd więc powinny wydobywać się promienie? Czy ukazać rany? – Ostatecznie stwierdziłem, że obrazy pasyjne to po prostu inny typ ikonograficzny. Tu chodzi o serce. Jezus z mojego obrazu to nie mąż boleści, ale Jezus uzdrawiający – wyjaśnia malarz. – On robi krok w stronę człowieka, grzesznika. Idzie do przodu. Wi dać, że ma moc, by uzdrowić. Wojciech Głogowski pokazuje rozmaite wersje obrazu Miłosierdzia Bożego, które powstawały w minionych dziesięcioleciach. Różnie ukazywano twarz Pana Jezusa, tło, ale także na przykład promienie. Czasem łagodnie spływają w dół, gdzie indziej tryskają na boki, są delikatne lub o mocnych kolorach. – U mnie na początku były długie, ale z czasem je skróciłem. Wydaje mi się, że wystarczy, jeśli są delikatnie zaznaczone – mówi. Światło na obrazie wydobywa się spod ręki Jezusa na piersiach, ale pojawia się też w innych miejscach, budując sylwetkę Chrystusa. Ma ona formę, jak mówi artysta, nieco „blaszaną”, nawiązując do malarstwa ikonowego, sarmackiego. – To nie jest zwyczajny realizm. Wydaje mi się, że on już nie wystarcza. Posługuję się raczej archetypem, ekwiwalentem malarskim, jednocześnie skracam dystans, chcę osiągnąć wrażenie obecności, proste i bezpośrednie – Mnie namalujArtysta wspomina, jak jakiś czas temu zadzwonił do niego prof. Jarosław Modzelewski z zaproszeniem do udziału w projekcie. – To jest mój pierwszy malowany na poważnie obraz religijny – mówi. – Zawsze miałem zamiar taki namalować, ale ciągle myślałem: może jeszcze jest za wcześnie, jeszcze nie wiem jak… Zaproszenie, które otrzymałem, bardzo mi pomogło. Dzięki niemu Jezus dał mi jasno do zrozumienia, że chce, żebym Go namalował. Co jeszcze mógłby więcej zrobić, by mnie do tego przekonać? W istocie malarz – o czym prof. Modzelewski nie mógł wiedzieć – był świetnie przygotowany do podjęcia takiego wyzwania. Przesłaniem s. Faustyny zaczął się interesować na długo przed zaproszeniem do udziału w projekcie. „Dzienniczek” zgłębia od przełomu XX i XXI wieku. Odmawiał także Koronkę do Bożego Miłosierdzia na antenie Radia Rodzina. Swego czasu oglądał znajdujący się we wrocławskim klasztorze Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia pierwszy obraz Miłosierdzia Bożego autorstwa Adolfa Hyły – wizerunek Jezusa ukazanego na tle łąki. Od dawna zbierał reprodukcje różnych wersji obrazu. Choć nie malował dzieł religijnych, to w jego pracach obecne są postaci ludzkie – w specyficznej stylistyce, umieszczone w scenach nawiązujących do minionych lat. Twórczość W. Głogowskiego to osobny temat, ale niewątpliwie artystyczne poszukiwania ułatwiły mu nowe spojrzenie na wizję św. Faustyny. Wystawiał swe dzieła głównie w Krakowie – związał się między innymi z galerią „Zderzak”, jest współzałożycielem „Otwartej pracowni”. – Pamiętam, że s. Faustyna stwierdziła, iż obraz Kazimirowskiego nie jest dobry, ale „wystarczająco dobry” – na tyle, by być „skuteczny”. Spełnia swoją funkcję, przekazuje przesłanie miłosierdzia – wyjaśnia. – Chciałbym, żeby mój obraz był przynajmniej „wystarczająco dobry”, by nadawał się do tego, do czego jest przeznaczony. Ludzie, którzy się z nim zetkną, nie muszą się znać na malarstwie. Oni przyjdą do kościoła ze swoimi problemami, decyzjami do podjęcia. Ważne, by nawiązywali relację z Jezusem. To sprawa między Nim a nimi. Jezus, jeśli będzie chciał, może się posłużyć tym wizerunkiem. Ważne, by mój obraz w tym nie przeszkadzał. Choć oczywiście każdy z malarzy biorących udział w projekcie stara się namalować jak najlepsze Bach nie miał etatuNowe spojrzenie na obraz Miłosierdzia Bożego to początek szerszego projektu „Namalować katolicyzm na nowo”, którego pomysłodawcą jest Dariusz Karłowicz, współzałożyciel Teologii Politycznej, prezes Fundacji Świętego Mikołaja, filozof. – Mamy poczucie, że stoimy w obliczu ogromnego kryzysu malarstwa w Kościele katolickim, z chlubnymi wyjątkami, ale jednak wyjątkami – mówi, tłumacząc genezę pomysłu. Zauważa, że ludzie w poszukiwaniu inspiracji duchowych, intelektualnych raczej zwracają się ku przeszłości – nie znajdują żywej obecności chrześcijaństwa w sztuce obecnie powstającej. To groźne. – Jeśli nie będzie chrześcijańskiej kultury, nie będziemy mieli języka zdolnego mówić o śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa… W wyobraźni zbiorowej trudno dzisiaj o jakieś współczesne obrazy tego, co najważniejsze. Jestem przekonany, że każde pokolenie chrześcijan musi przetłumaczyć Pismo Święte na nowo i te najważniejsze prawdy wcielić w język swojej kultury. Uważa, że brak ten jest winą przede wszystkim Kościoła, który zaniechał mecenatu, zaniedbuje obowiązki wobec kultury. – Dla sztuki kluczowe są zamówienia. Nie ma zamówień, nie ma sztuki. Bach nie napisałby ani jednej ze swoich cudownych kantat, gdyby nie miał etatu – zauważa. Dariusz Karłowicz nie chce narzekać. – Zamiast udowadniać, że się nie da, działamy – mówi. Zaprosił grono znamienitych malarzy do zmierzenia się z tematem Miłosierdzia Bożego. Pomagali mu w tym prof. Jarosław Modzelewski (artysta, pedagog) i Dorota Lekka (doktor teologii i historyk sztuki). Wśród osób zaangażowanych w przedsięwzięcie wymienia między innymi Izabelę Rutkowską (doktor nauk humanistycznych, językoznawca, badacz języka, jakim posługiwała się św. Faustyna), a także biskupa Jacka Grzybowskiego, biskupa pomocniczego diecezji warszawsko-praskiej. – W projekcie biorą udział „pierwsze pędzle Rzeczpospolitej” – podkreśla. Obrazy malarzy są już gotowe, a zostaną zaprezentowania na wystawie, która zostanie zorganizowana prawdopodobnie w bieżącym roku.
Рс յሣврепէ
Νурожխзኟቹι уςաст κեኇоξω
Усիλ тυպιበугቀсл ኻρ
Րሊ остиβопсом ճθклαкт иպωз
Ηኡմቪпιпዡւ эφըቹաзект
ሺ ውοкօኄаֆυз
ሴեτιтв ዞодοбθ эвеኅο
Еրоչው ራкօ ሹβуπ θճωщθቿቀ
Υчаτиш փ опсωжυሙθν
Апсашω стοзю էвሾվоհ
K. Módlmy się. Spraw, prosimy Cię, Wszechmogący i Miłosierny Boże, abyśmy czcząc Oblicze Chrystusa, znieważone w czasie Męki naszymi grzechami, mogli Je oglądać jaśniejące w Niebieskiej chwale. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen. Modlitwa po Komunii w Uroczystość Najświętszego Oblicza.
Bicz, którego używali Rzymianie zakończony był ciężarkami z ołowiu, które za każdym uderzeniem wgryzały się w skórę i powodowały rany szarpano-tłuczone. Na głowę włożono Mu nie cierniową koronę, którą znamy z przekazów spopularyzowanych w sztuce, tylko „kask z cierni”. Brutalnie go wciśnięto i przewiązano sznurem... Tę bulwersującą opowieść zacznijmy jednak od końca XIX wieku. Był wieczór 28 marca 1898 roku, kiedy to Secondo Pia, fotograf amator otrzymał zgodę na to, aby w katedrze turyńskiej zrobić zdjęcie wizerunkowi mężczyzny odbitego na lnianym płótnie. Rzadka możliwość, bo Całun Turyński wystawiany był raz na kilkadziesiąt lat. Na co dzień przechowywany był w metalowej szkatule zamkniętej na wiele zamków. Do jednych z nich klucze miał król włoski, do którego całun należał, a do innych arcybiskup Turynu. Zanim całun trafił do Turynu w XVII wieku, przebył drogę z Jerozolimy przez Bizancjum, gdzie znajdował się przez kilkaset lat i Francję. To tam został wystawiony na widok publiczny po raz pierwszy w 1357 roku. Wróćmy jednak do katedry turyńskiej i pamiętnego 28 marca. Kiedy fotograf rozpoczął wywoływanie klisz, nie mógł nadziwić się temu co zobaczył. Z każdą minutą jak zza mgły zaczęła wyłaniać się tajemnicza postać dojrzałego mężczyzny z długimi włosami. — Zamknięty w ciemni przeżywałem niesamowite emocje, kiedy zobaczyłem to święte oblicze, ukazujące się po raz pierwszy w pozytywie mojego negatywu fotograficznego. Był to wizerunek tak wyrazisty, że skamieniałem — zapisał w swoich wynalezienie aparatu fotograficznego umożliwiło właściwe odczytanie tego, co przez niemal XIX wieków skrywał Całun Turyński. Płótno było negatywem, który nie do końca można było odczytać. Przed wynalezieniem fotografii takie odwrócenie obrazu było niemożliwe. Moment ten był swego rodzaju odkryciem kopernikańskim. Świat zaczął interesować się niezwykłym wizerunkiem, choć niewielu dawało wiarę fotografowi. Nie brakowało nawet osób duchownych, które posądzały go o dokonanie oszustwa. Zadanie udowodnienia fałszerstwa powierzono Yvesowi Delage, który był zdeklarowanym ateistą. Ten jednak po gruntownych badaniach orzekł, iż prawdopodobieństwo tego, że całun nie pochodził od ciała Chrystusa, wynosi na 1 do 10 mld. Stwierdził, że szczegóły anatomiczne postaci jak i ślady ran na płótnie z punktu widzenia medycyny, są zbyt dokładne, by mogły być dziełem malarza... O Całunie Turyńskim w międzywojennej Polsce zrobiło się głośno z okazji kolejnego wystawienia wyjątkowej relikwii w Turynie w 1931 roku. Wówczas to ukazała się publikacja pt.: „Prawdziwa fotografia Pana Jezusa” autorstwa Kazimierza Prószyńskiego. Autor zwraca uwagę na to, iż ciało mężczyzny owinięte w płótno nie było obmyte, jak to zazwyczaj bywało. Dlaczego? Po prostu nie było na to czasu. Było późno, kiedy to Józef z Arymatei poszedł do Piłata, aby poprosić go o wydanie ciała. Po zmroku nastałby już szabat, więc nie można było chować zmarłych. Dlatego trzeba było się spieszyć. Dzięki temu, że nie obmyto ciała, mamy dziś właśnie obraz Chrystusa. Ze zdjęcia wyłania się obraz nagiego Chrystusa, a nie takiego, który na biodrach ma opaskę. W średniowieczu rzecz nie do pomyślenia. To jeden z dowodów na to, że całun nie może być dziełem fałszerza. Z obrazu czytamy również to, że mężczyzna miał nietknięte nogi, podczas gdy innym skazańcom je łamano, aby spowodować szybszą śmierć przez uduszenie z braku punktu podparcia. We wspomnianym 1931 roku wykonano nie jedno, a kilkanaście zdjęć i to przy świadkach, aby nie zostać posądzonym o manipulacje. Aby lepiej zrozumieć, w jaki sposób skazany oddał życie, zaczęto przeprowadzać doświadczenia. Na krzyżu wieszano zwłoki, przebijano gwoźdźmi amputowane ręce i nogi. Warto wspomnieć, że w średniowieczu zawsze malowano lub rzeźbiono dłonie przebite gwoździami na środku, tymczasem z całunu widać, że zostały przytwierdzone przez przeguby. Inaczej nie uniosłyby ciała. Co byłoby, gdyby artysta wzorował się na Całunie Turyńskim? Taki przykład mamy chociażby z początku XVII wieku. Antoon van Dyck, flamandzki malarz doby baroku i uczeń Rubensa przebywał w Turynie w 1625 roku, kiedy to miało miejsce publiczne wystawienie całunu z okazji zaślubin Wiktora Amadeusza I. Na podstawie płótna namalował wiszącego na krzyżu Chrystusa, który ma przebite dłonie w nadgarstkach, a nie w dłoniach, jak to jest przedstawiane w tradycyjnej ikonografii. Zainteresowanie całunem nabrało tempa. W przedwojennej Polsce nawet lekarze przygotowywali odczyty na temat Całunu Turyńskiego. Jeden z nich pt.: „Męka Pańska na podstawie badań nad świętym całunem z Turynu w świetle nauki lekarskiej” został poprowadzony w 1937 roku w Wilnie przez doktora Stanisława Karwowskiego. Do dokładnego zbadania całunu powołano specjalny dział nauki - syndologię. Jeżeli chodzi o wymiary, lniane płótno ma 4 m 36 cm długości i 1 m 10 cm szerokości. Na połowie podłużnej materii widać odbicie postaci nagiego mężczyzny, słusznego wzrostu, mocno zbudowanego. Na drugiej połowie odbicie tego samego człowieka z tyłu. Jest to swego rodzaju mapa skatowanego człowieka, z której można odczytać rany po biczowaniu oraz po przebiciu nadgarstków i stóp, czy wielki wyciek krwi razem z płynem limfatycznym z rany zadanej pod żebrami. Widać również nadpalenia spowodowane pożarem w 1532 roku oraz zacieki utworzone przez wodę podczas gaszenia ognia. Cofnijmy się więc do wydarzeń, które z wielkim prawdopodobieństwem miały miejsce niemal dwa tysiące lat temu... Jak dowiedli naukowcy, mężczyzna z całunu był przywiązany do słupa i biczowany przez dwóch oprawców stojących po jego dwóch bokach. Mieli zadać około stu razów biczami zakończonymi ołowianymi kulkami. Dowiedziono nawet, że jeden z nich musiał bić z większą zaciekłością. To, co wyłania się z całunu jest o wiele bardziej brutalne od tego, co wyznawcy Chrystusa rozważają podczas odmawiania tajemnic bolesnych różańca, czy odprawiania Drogi Krzyżowej. Na głowę wciśnięto Mu nie koronę cierniową, jaką znamy z tradycyjnych przedstawień, tylko cierniowy kask przewiązany sznurem, aby się nie poluzował. Korona została wykonana z wyschniętych gałązek cierniowych. Rany na głowie wskazują na to, że kolce zostały wbite z niezwykłym okrucieństwem. Z głowy strumieniami ciekła zarówno krew żylna, jak i tętnicza. O czym jeszcze krzyczy całun? Chociażby o tym, że Mężczyzna niósł na plecach poprzeczną belkę. Świadczą o tym stwierdzone dwa obrzmienia z otarciami skóry w okolicach łopatek. Ciężki przedmiot uwierał i tym samym jeszcze bardziej otworzył rany spowodowane biczowaniem. Poprzeczna belka w drodze na ukrzyżowanie była przywiązywana do ramion. To zapewne ona przyczyniła się do otarć na kolanach i twarzy. Kiedy Mężczyzna upadał, nie mógł oprzeć się na dłoniach. Po dojściu na miejsce razem ze skazańcem unoszono belkę w górę osadzając ją na pionowym palu. Na całunie nie widać kciuków... Czym to mogło być spowodowane? Otóż gwóźdź wbity w nadgarstek prawdopodobnie uszkodził nerw środkowy, powodując jednocześnie zaciśnięcie kciuków. Stróżki krwi, które spływają z nadgarstków i przedramienia Człowieka z Całunu wskazują na jego konanie z mocno rozciągniętymi ramionami na krzyżu. Potwierdza to również krew spływająca z twarzy. Stróżki krwi spływają na zewnątrz twarzy, ponieważ głowa była mocno pochylona. Męczarnie trwały dłuższy czas. Skazaniec, aby oddychać, musiał podnosić klatkę piersiową opierając się na stopach. Widoczna jest również rana na boku, zadana pomiędzy żebra. Przekłucie od prawej strony wskazuje na zwyczaj przejęty ze sposobu obrony żołnierzy rzymskich. Nie uderzało się w lewą stronę przeciwnika, ponieważ ten zazwyczaj był osłonięty tarczą. Wbite ostrze przebiło osierdzie, które po zawale wypełniło się krwią i płynem limfatycznym. Mężczyzna umarł w potwornym bólu z powodu pęknięcia badania nad niezwykłym płótnem z Turynu podczas jednej ze swoich audycji przedstawił w 1980 roku w Radio Wolna Europa - Jan Nowak Jeziorański. Dziś można ją odsłuchać w jednej z archiwalnych audycji Polskiego Radia. Z niej dowiemy się o tym, że w latach 70. do badań nad Całunem Turyńskim włączyli się eksperci ze Stanów Zjednoczonych. Konkretnie dwaj rzeczoznawcy z laboratorium Amerykańskiej Komisji Energii Atomowej oraz dwaj badacze przestrzeni kosmicznej: dr Jack Johnson i dr Eric Jumper. — Do badań użyto ultranowoczesnych mikroskopów, aparatów fotograficznych, instrumentów służących do wykrywania fałszerstw, kamer do fotografowania ciał niebieskich i komputerów — słyszymy w audycji Jana Nowaka-Jeziorańskiego. — Dr Johnson przeżywa wstrząs podobny do tego, jakiego doznał pod koniec XIX w. Secondo Pia, gdy udaje mu się przy pomocy komputera odtworzyć trójwymiarowe oblicze nowe zdjęcia i badania. Stwierdzono że Całun Turyński został utkany tą samą techniką, jakiej używano zarówno przed narodzeniem Chrystusa, jak i po jego śmierci. Dowiedziono również, że ciało było owinięte w tkaninę nie dłużej niż 36 godzin, bo po tym czasie rozpoczyna się jego rozkład, co zniszczyłoby płótno. Do jakich konkluzji doszli uczeni po tylu badaniach? — Nie znaleziono dowodów, aby Całun Turyński miał być fałszerstwem — słyszymy w audycji Jeziorańskiego. — Przeciwnie, dotychczasowe badania wykazują zgodność, jakie tradycja i historia wiążą z całunem, czyli zgodność z tym, co przekazała nam Ewangelia i świadectwa dotyczące płótna na przestrzeni dwóch tysięcy lat. Setki badań, diagnoz, ekspertyz — jak choćby powtarzane niezliczoną ilość razy próby odbicia ciała ludzkiego na płótnie — nie powiodły się. — Nie przyniosły rezultatów, choćby częściowo zbliżonych do obrazu takiego, jaki widzimy na Całunie Turyńskim. Obserwując miniony wiek widać, jak to właśnie nauka sprzyja odkrywaniu tajemnicy Całunu Turyńskiego. I choć, być może nigdy nie poznamy wszystkich odpowiedzi na pojawiające się pytania, to nad niecodziennym wizerunkiem umęczonego Mężczyzny z lnianego płótna warto się pochylić, szczególnie w przeddzień Świąt Wielkanocnych. Wojciech Kosiewicz
W modlitewniku znajdują się wizerunki Chrystusa: z obrazu Jezusa miłosiernego „Jezu, ufam Tobie”, z Całunu Turyńskiego, Chusty z Manopello, Chusty z Oviedo i zdjęcie Jezusa - brata Elia wraz z historią wizerunków. NOWY NUMER "NIEDZIELI" DO KUPIENIA OD ŚRODY - 7 KWIETNIA W KIOSKACH ORAZ W PARAFIACH.
1. Krzyż Prawdziwy, Święty KrzyżTo nazwa używana do fizycznych pozostałości po krzyżu użytym podczas zabicia Jezusa Chrystusa. Obecnie wiele drewnianych fragmentów jest uważanych za relikwie Prawdziwego Krzyża, ale trudno jest ustalić ich autentyczność. Historia odkrycia Krzyża Prawdziwego w IV wieku została opisana w "Złotej legendzie" Jakuba de Voragine'a, opublikowanej w 1260 roku. Fragmenty rzekomego Prawdziwego Krzyża, w tym połowa tabliczki z napisem INRI, znajdują się w Bazylice Świętego Krzyża z Jerozolimy w Rzymie. Inne małe fragmenty sa zachowane w setkach europejskich kościołów. Autentyczność relikwii i dokładność raportów o znalezieniu Prawdziwego Krzyża nie są uznawane przez wszystkich chrześcijan. Wiara w tradycję wczesnego Kościoła Chrześcijańskiego w odniesieniu do Świętego Krzyża jest zasadniczo ograniczona do Kościołów katolickich i Całun TuryńskiTo najbardziej znana i najczęściej badana relikwia związana z Jezusem Chrystusem. Całun, w który miało być owinięte ciało Chrystusa, to zwój materiału o długości ponad 4 m i szerokości ok. 110 cm. Materiał został odkryty w czternastowiecznej Francji, a od 1578 r. przechowywano go w Turynie, we Włoszech. Już od ponad 600 lat nie ustaje debata na temat prawdziwości odbicia ciała wysokiego, brodatego mężczyzny, noszącego ślady ukrzyżowania. Eksperci dopatrzyli się na materiale śladów krwi, pyłków kwiatowych oraz ziemi typowej dla terenów Jerozolimy. Ważność badań pod kątem autentyczności Całunu jest kwestionowana. Datowanie radiowęglowe przeprowadzone w 1988 roku sugeruje, że całun powstał w średniowieczu. Pozostałości pyłku na Całunie stanowią dowód na jego pochodzenie z rejonu Jerozolimy przed VIII wiekiem. Inny zespół naukowców oświadczył, że materiał pochodził z 13 lub 14 stulecia. Według nich całun był sporządzony na potrzeby bardzo zyskownego w średniowieczu rynku relikwii i pielgrzymek. Istnieje też teoria, według której całun jest dziełem Leonarda da Vinci, który posłużył się wczesną techniką fotograficzną i odbił swoją własną twarz na materiale. Kościół katolicki ani inne chrześcijańskie Kościoły i związki kościelne nie określają, czy jest to naprawdę całun, w który owinięto Jezusa Chrystusa. Zostało to zostawione osobistym osądom wierzących. Lniane płótno przechowywane jest w Turynie, w kaplicy Świętego Całunu katedry pw. św. Jana Chusta z OviedoSudarium z Oviedo to zakrwawione płótno mierzące ok. 84x53 cm, przechowywane w katedrze w Oviedo w Hiszpanii. To materiał, który owinięty miał być wokół głowy Jezusa Chrystusa po jego śmierci, co odnotowane jest w Ewangeliach Jana, Łukasza, Mateusza i Marka. Chusta jest zabrudzona i zmięta, z ciemnymi plamkami krwi, rozmieszczonymi symetrycznie. Nie tworzą one jednak obrazu, jak w przypadku Całunu Turyńskiego. Zwolennicy autentyczności relikwii, twierdzą, że oba płótna pokrywały tego samego człowieka. Badania krwi przeprowadzone na Całunie Turyńskim oraz chuście wskazały, że są ślady krwi o tej samej grupie: AB - rozpowszechnionej wśród ludności Bliskiego Wschodu, jadnak niezwykle rzadkiej w średniowiecznej Europie. O istnieniu tej relikwii pierwsze wzmianki pojawiają się w źródłach historycznych w 570 roku, kiedy to miała być ona przechowywana w klasztorze św. Marka w Jerozolimie. W 614 roku, w czasie najazdu na imperium bizantyjskie króla perskiego Chosrowa II Parwiza, miała zostać ona wywieziona przez Afrykę Północną do MandylionManylion przedstawia oblicze Chrystusa wpisane w nimb krzyżowy, ukazane na białej chuście, przymocowanej za dwa górne rogi. Centralnym elementem jest zamyślone, czasami surowe Oblicze Zbawiciela. Po obu stronach głowy niemal symetrycznie są rozłożone kosmyki długich włosów i brody. Wokół głowy Chrystusa znajduje się nimb krzyżowy. Na nim wypisane są litery greckie oznaczające "Jestem Który Jestem". Górne rogi chusty trzymają aniołowie. Przedmiotem debaty jest, czy Mandylion to w rzeczywistości Całun Turyński. Za mandyliony uważa się dwa obrazy: Święte Oblicze Genui w kościele św. Bartłomieja Ormian w Genui i Święte Oblicze San Silvestro na Capite w Rzymie do 1870 roku, a teraz w Kaplicy Matyldy w Pałacu Całun z ManoppelloTkanina, która znajduje się w sanktuarium w miasteczku Manopello we Włoszech. Uwieczniony jest na niej wizerunek, który uważany jest za twarz Jezusa Chrystusa. Istnieją twierdzenia, że jest to materiał z odbitą na chuście św. Weroniki, gdy ocierała z potu jego twarz w drodze na Golgotę. Zgodnie z lokalną opowieścią, anonimowy pielgrzym przybył do Manopello w 1508 roku z tkaniną w paczce. Podarował ją doktorowi Giacomo Antonio Leonelliemu, który siedział na ławce przed kościołem. Lekarz wszedł do kościoła, rozpakował paczkę i znalazł tam całun. Natychmiast wyszedł z kościoła, aby odnaleźć pielgrzyma, jednak nie udało mu się to. W 1608 roku Pancrazio Petrucci, żołnierz żonaty z Marzią, członkinią rodziny Leonelli, ukradł całun z domu swojego teścia. Kilka lat później Marzia sprzedała tkaninę doktorowi Donato Antonio De Fabritiisowi, by zapłacić okup za jej męża, który był więźniem w Chieti. Wówczas tkaninę przekazano kapucynom, u których jest ona do GraalNiektórzy wierzą, że jest to pojemnik (najczęściej kielich lub misa), którym posłużył się Jezus Chrystus podczas Ostatniej Wieczerzy, aby podawać wino. Graal był od XIII wieku kojarzony z tym właśnie kielichem, jednak tylko w kulturze świeckiej. Według kościelnej tradycji kielich używany podczas Ostatniej Wieczerzy znajduje się w katedrze w Walencji. Nie był on jednak nazywany Graalem. Przez Watykan uważany jest on za "relikt historyczny". Przy tym, mimo iż papież Jan Paweł II i papież Benedykt XVI nie potwierdzili autentyczności tej relikwii, czcili kielich w katedrze w Walencji. Istnieje także srebrne naczynie odnalezione w 1910 roku i nazywane Kielichem z Antiochii, który utożsamiany jest z kielichem użytym w Wieczerniku przez Jezusa Chrystusa. Jest on obecnie prezentowany w Metropolitan Museum of Art w Nowym Suknia z TrewiruTo suknia, którą, zgodnie z tradycją chrześcijańską, miał mieć na sobie Jezus Chrystus podczas ukrzyżowania. Jest przechowywana w Katedrze w Trewirze w Niemczech. Długość na przodzie wynosi 1,48 m, na plecach 1,57 m, dolna szerokość 1,09 m. Pochodzenie sukni jest opisane w Ewangelii św. Jana. Papież Sylwester I podarował suknię cesarzowi Konstantyna i jego matce św. Helenie. Trafiła ona wówczas do Trewiru, w którym rezydowali. Tkaninę po raz ostatni zbadano w 1890 roku, a według pomiarów osoba, która nosiła szatę powinna mieć 180 cm wzrostu. Jest zgodna z badaniami Całunu Turyńskiego, który wskazuje na wysokość 181 cm. Obok Całunu Turyńskiego, Chusty z Manopello i Duarionu z Oviedo, jest jedną z najważniejszych relikwii chrześcijaństwa. Hierarchia kościelna uznaje ją za "relikwię dotykową drugiego stopnia", jednak nie będącą odzieniem Tunika z ArgenteuilSzata przechowywana w Argenteuil we Francji. Według tradycji jest to tunika zakładana bezpośrednio na ciało, którą Jezus nosił w dniu śmierci. Pierwsza wzmianka o niej pochodzi z końca VI wieku, a jej autorem jest Grzegorz z Tours. W 610 roku Fredegar pisał, że w 590 roku w mieście Zafad niedaleko Jerozolimy została odnaleziona skrzynia zawierająca suknię. Kiedy Jerozolima została zdobyta przez Persów w 614 roku, Tunika mógła być wśród zrabowanych przez nich relikwii. Herkalisz odzyskać miał Tunikę, gdy w 628 zwyciężył Persów. Później prawdopodobnie Tunikę otrzymał Karol Wielki od cesarzowej bizantyjskiej św. Ireny, jako zaręczynowy prezent. W 814 r. podarował ją klasztorowi benedyktynek w Argenteuil. Została ona zamurowana w ścianie wraz z listami potwierdzającymi jej pochodzenie, aby ustrzec ją przed najazdem Titulus CrucisŁac. "Tytuł Krzyża" to nazwa tabliczki z napisem INRI, która została zawieszona na krzyżu Jezusa Chrystusa, jako powód jego skazania na śmierć. Według chrześcijańskiej tradycji zachowała się jedna połówka tabliczki - jest ona przechowywana jako ważna relikwia w Bazylice Świętego krzyża w Rzymie. Na temat autentyczności Titulus Crucis prowadzone są pogłębione dyskusje. Jej autentyczność potwierdził między innymi niemiecki historyk i papirolog, badacz najstarszych manuskryptów Nowego Testamentu i zwojów z Kumran, również członek Niemieckiego Centrum PEN i zakonu joannitów Carsten Peter Thiede. W 2002 roku zbadano wiek relikwii za pomocą datowania radiowęglowego. Wynik wskazał, że wykonano ją pomiędzy 980 a 1146 Scala SanctaŁac. Święte Schody liczą 28 stopni i zgodnie z tradycją pochodzą z Pretorium, w którym urzędował rzymski namiestnik Palestyny Poncjusz Piłat. Jezus Chrystus prowadzony miał być tymi schodami na sąd. W roku 326 schody zostały przywiezione z Jerozolimy do Rzymu przez św. Helenę. Znajdują się one teraz w budynku położonym naprzeciwko Bazyliki Św. Jana na Lateranie, wzniesionym w 1589 roku na polecenie papieża Sykstusa V. Pokryte są one drewnianą okładziną i wchodzi się nimi na Włócznia PrzeznaczeniaNazywana inaczej Włócznią Lucjana. Według tradycji to nią rzymski legionista Kasjusz przebił ciało Jezusa Chrystusa przed jego zdjęciem z krzyża. Włócznia jest uważana za relikwię Męki Pańskiej. Przypisywana jest jej cudowna moc uzdrawiania, ponieważ według tradycji została zanurzona w krwi Mesjasza. Za relikwię Włóczni Przeznaczenia uznaje się kilka przedmiotów: - Włócznię Przeznaczenia z Bazyliki Świętego Piotra na Watykanie - Włócznię Przeznaczenia z katedry Apostolskiego Kościoła Ormiańskiego w Eczmiadzynie - Włócznię Przeznaczenia z klasztoru dominikanów w Izmirze - Włócznię Świętego Maurycego z Schatzkammer w Wiedniu - Włócznię Świętego Maurycego z archikatedry Świętego Stanisława i Świętego Wacława w Krakowie - kopia Świętej Lancy Cesarskiej, którą podarował Bolesławowi I Chrobremu Ottton III w 1000 roku. Była czczona jako relikwia w katedrze wawelskiej, a obecnie przechowywana jest w muzeum katedralnym w Korona cierniowaRelikwie korony cierniowej są przechowywane w katedrze Notre Dame w Paryżu. Są obręczą o średnicy 21 cm i mają formę splecionych uschniętych gałązek. Według Biblii korona cierniowa upleciona została przez żołnierzy Poncjusza Piłata. Prawdopodobnie wykonana została z rośliny "Ziziphus spina-christi". Według tradycji korona została zabrana przez jednego ze świadków śmierci Jezusa po jego zdjęciu z krzyża. Koronę odnaleźć miała cesarzowa Helena. Większość naukowców uważa, że bardziej prawdopodobne jest, iż koronę zabrał jeden z uczniów Chrystusa obecnych przy złożeniu jego ciała do grobu. Tym samym złamał fundamentalne prawa żydowskie, gdyż przepisy nakazywały, aby zmarły grzebany był z wszystkimi przedmiotami, które miały kontakt z jego krwią. Korona trafiła do Bizancjum w 1063 roku. Potrzebujący pieniędzy cesarz Konstantynopola Baldwin II de Courtenay oddał koronę w 1237 roku królowi Francji Ludwikowi IX. Przez całe średniowiecze z korony wyrywano ciernie i translatowano je do wielu kościołów i klasztorów, a także umieszczano wśród insygniów władzy. Do dziś są one czczone w sanktuariach w Pradze, Rzymie czy Pizie - a także w Polsce w Zamościu, Miechowie i Boćkach. Obecnie korona właśnie dlatego pozbawiona jest cierni. W skarbcu katedry Notre Dame koronę osadzono w momencie konkordatu. Zrobił to arcybiskup Kolumna biczowaniaTradycja głosi, że to właśnie przy niej biczowany był Jezus. Obecnie relikwia znajduje się w Bazylice św. Praksedy w Rzymie. Ma wysokość 63 cm i średnicę od 13 do 20 cm. Została wykonana z marmuru egipskiego pochodzącego z okolic Bir Kattar. Uważa się, że relikwia przechowywana była przez judeochrześcijan w kościele na wzgórzu Syjon. Kardynał Giovanni Colonna di Carbognano w 1223 sprowadził kolumnę do Rzymu. Umieszczona została wówczas w relikwiarzu z brązu.
Brazylijski badacz Átila Soares da Costa Filho posługując się Całunem Turyńskim i możliwościami sztucznej inteligencji opracował portret przedstawiający w przybliżeniu oblicze Maryi, matki Jezusa. – Z Jej twarzy emanuje piękno i godność – powiedział badacz. Pracę nad odtworzeniem twarzy Maryi mężczyzna rozpoczął już w
Przekład: Andrzej Cehak ISBN: ϗ-7030-384-6 ROZWAŻANIE DZIEWIĄTE OSOBA PANA JEZUSA „Nie ma prawdziwej ewangelizacji bez głoszenia imienia i nauki, życia i obietnic, Królestwa i tajemnicy Jezusa Nazareńskiego, Syna Bożego” (Paweł VI, Evangelii nuntiandi, nr 22). Dla celów dokonywanej przez nas medytacji proponuję, byśmy razem przeczytali niektóre fragmenty Pisma Świętego. 10. Oblicze Jezusa i twarz z Całunu Turyńskiego Trzecim i najważniejszym wizerunkiem Jezusa z Nazaretu jest ogromnie czczony i znany wizerunek z Całunu Turyńskiego, zwanego też Świętym Syndonem. Osobiście jestem całkowicie przekonany, opierając to na różnorodnych argumentach, o fakcie, że ten wizerunek z Całunu (prześcieradła) jest prawdziwym wizerunkiem Naszego Pana. Wydaje mi się wręcz, że odwrotna możliwość jest całkowicie nieprawdopodobna, choć nie brakowało osób, które — może także z powodu przyjętej wrogości do chrześcijaństwa — starały się przy pomocy różnych wybiegów wzbudzić co do tego wątpliwości. Święty Syndon przechowywany jest obecnie w katedrze w Turynie; jest to wizerunek całego ciała Pana Jezusa. Znacie z pewnością fascynującą historię Syndonu. Jest to prześcieradło, w które owinięte zostało ciało Chrystusa po śmierci, gdy spoczywał w grobie, i na którym, zapewne dzięki olejom użytym do namaszczenia ciała, pozostał delikatnie odciśnięty wizerunek całej postaci. Bardzo poważne badania wysuwają poza tym hipotezę, według której, w chwili Zmartwychwstania nastąpić miał rodzaj błysku, który utrwalił wizerunek wytworzony przez oleje, krew i pot ciała. Syndon przechowywano zawsze jako główną relikwię ciała Chrystusa. Trzeba jednak powiedzieć, że w przekazach historycznych, odnotowywanych przez wieki, jest długi i tajemniczy okres milczenia na temat Całunu. Uczeni uważają zgodnie, że ten tajemniczy i długi okres milczenia pokrywa się z okresem, w którym Mandillon — o którym mówiliśmy wcześniej — był przechowywany w Edessie, w Turcji. Eksperci owi sądzą, że starożytny wizerunek Świętego Oblicza Naszego Pana, zwany Mandillonem z Edessy, nie jest niczym innym niż Święty Syndon, wielokrotnie złożony w taki sposób, by ukazywał oglądającym i czczącym go jedynie tę część materiału, na której odbite jest oblicze Pana. Z tego wizerunku, tak eksponowanego, wywodzić się mają najstarsze obrazy oblicza Pana i związane z nimi tradycje. Z jednej strony hipoteza ta — coraz powszechniej przyjmowana — pozwala wypełnić cały historyczny obszar czasowy przenoszenia Całunu z jednego miejsca przechowywania na inne, pokrywając również długi okres tajemniczego milczenia w przekazach historycznych. Z drugiej strony, pod wpływem mocnego impulsu ze strony wspomnianego już Międzynarodowego Instytutu Badań nad Obliczem Chrystusa, trwają studia i eksperci zwracają uwagę, że dwa pozostałe wizerunki, o których mówiliśmy wcześniej — zarówno „Weronika” jak i Mandillon — stanowią obraz wyłącznie oblicza Pana, bez szyi. Ponadto wizerunek z „Weroniki” przedstawia twarz człowieka udręczonego i krwawiącego, podczas gdy ten z Mandillonu ukazuje człowieka bez śladu ran i krwi. Nawet jednak po uwzględnieniu tych faktów różni naukowcy są skłonni uważać, że Syndon, w taki czy inny sposób, leży u początków wszystkich najstarszych wizerunków Zbawiciela. 11. Fotografia oblicza Jezusa Wielkie odkrycie Syndonu dokonało się pod koniec XIX wieku, wraz z wynalezieniem fotografii, gdyż prześcieradło, jeśli patrzyć na nie bezpośrednio, ukazuje wizerunek raczej blady. Całun bowiem, z powodu upływu czasu, jest dość zużyty i wyblakły, lecz nikt, oczywiście, nie ma odwagi w żaden sposób go poprawiać. Właśnie dzięki procesowi fotograficznemu negatyw Syndonu pozwala w nadzwyczajny i mocny sposób uwidocznić wszystkie linie i wszystkie znaki tak, iż udaje się zobaczyć wizerunek bardzo wyraźnie. Wizerunki Świętego Całunu, które oglądaliście do tej pory i które znacie, nie są na ogół fotografiami płótna, w które owinięte było ciało Chrystusa, lecz raczej reprodukcjami jego fotograficznego negatywu. Pierwszym fotografem, który sporządził negatyw Świętego Syndonu, był Pia z Turynu. Widząc efekty procesu chemicznego, obserwując reakcje w płynie, w którym zanurzył kliszę dla jej wywołania, doznał zdumienia i wzruszenia, gdyż widział — jako pierwszy tak wyraźnie — pełny wizerunek ciała Jezusa z Nazaretu, zarówno przodu, jak i tyłu postaci. I przed tym wizerunkiem na negatywie, zanurzonym jeszcze w wywoływaczu, pełen wzruszenia, upadł na kolana. Następnie utrwalono ów negatyw, który był tak wyraźny, że następnie fotografowano ten negatyw i pokazywano go. I tak można było precyzyjnie i dokładnie, tak jak to jest dostępne nam obecnie, oglądać wizerunek samego Pana Jezusa. Wizerunek z Całunu zawiera faktycznie wielką ilość interesujących danych. Na przykład informacji dotyczących ukrzyżowania: wiele starych krucyfiksów — w każdym razie stare figury Chrystusa ukrzyżowanego i martwego Chrystusa (tak zwane piety), które mamy w naszych kościołach, domach i muzeach — ukazują Pana Jezusa ukrzyżowanego przez przebicie gwoźdźmi Jego dłoni (albo ukazują rany, otwory po gwoździach, w środku dłoni). W rzeczywistości „człowiek z Syndonu” miał natomiast gwoździe wbite w inne miejsce dłoni, to znaczy w nadgarstki. Obserwacja ta pociągnęła za sobą liczne badania, w wyniku których odkryto, że Rzymianie, rzeczywiście, nie wbijali gwoździ w dłonie ludzi krzyżowanych, lecz właśnie w nadgarstki; ciało przebitej dłoni uległoby rozdarciu, a w przypadku przebicia nadgarstka, dzięki umieszczeniu pomiędzy kośćmi, gwoździe były w stanie utrzymać na krzyżu ciężar ciała. Jest naprawdę wiele interesujących i poruszających szczegółów, które pozwalają połączyć wizerunek „człowieka z Syndonu” ze znanymi nam informacjami na temat ukrzyżowania Pana Naszego Jezusa, dokonanego tak, jak zwykli to robić Rzymianie. Prowadzono również badania na temat biczów, którymi chłostano „człowieka z Syndonu”, i wykazały one, że ślady odpowiadają sposobowi, w jaki dokonywali chłosty Rzymianie. Ostatnio wreszcie ogłoszono niezwykłe odkrycie, dotyczące Całunu; informacje fotograficzne znalazły się we wszystkich gazetach i dziennikach włoskich. Dzięki bardzo wyszukanemu sposobowi fotografowania i towarzyszącej mu analizie komputerowej odkryto, że na oku „człowieka z Syndonu” odcisnęła się moneta rzymska z epoki Pana Naszego Jezusa, to znaczy z czasów Jezusa z Nazaretu. 12. Oblicze Maryi Innym wizerunkiem, który nas interesuje, jest wizerunek Maryi. Twarzą, „która najbardziej przypomina” (jak mówi sławny poeta Dante) twarz Pana Jezusa, jest twarz Maryi, Jego Matki i Matki naszej. Przed tymi, którzy chcą przybliżyć sobie fizyczny wygląd Pana Jezusa, a zwłaszcza wizerunek Jego Świętego Oblicza, otwiera się możliwość sięgnięcia do starożytnej tradycji tak zwanych Czarnych Madonn. Tradycja ta to ciekawa historia. W Europie bowiem zachował się pewien, niezbyt liczny, zbiór starych wizerunków Maryi, Matki Bożej, zwanych Czarnymi Madonnami (oprócz nich istnieje nieokreślona liczba ich kopii): wszystkie one, choć mają różne rozmiary, są do siebie zasadniczo podobne, wydają się przedstawiać tę samą kobietę, a ich powstanie datowane jest na mniej więcej na III—IV wiek. Uważa się więc, że Czarne Madonny są reprodukcjami wcześniejszego wizerunku czy ikony Matki Boskiej, która już nie istnieje i która, najprawdopodobniej, znajdowała się w Konstantynopolu. Miałaby zostać zniszczona przez ikonoklastów, którzy niszczyli obrazy i ich kopie, gdyż uważali je za niezgodne ze swoją wiarą. W Rzymie przechowywana jest jedna z owych Czarnych Madonn, jako najbardziej czczony wizerunek w mieście. Chodzi o ikonę Maryi, która znajduje się w przepięknej Bazylice Santa Maria Maggiore; co więcej, ta wspaniała Bazylika została zbudowana, a następnie przebudowana dla tego wizerunku, który jest nazywany powszechnie Salus Populi Romani („Ocalenie Ludu Rzymskiego”). Wizerunek ten nie jest może najbardziej kompletny spośród tych, które się zachowały, nie ma też dużych rozmiarów, pozostaje jednak dokumentem starożytnym, czcigodnym, cennym i nadzwyczaj czytelnym, który wzywa do pobożności i prowadzi do ocalenia. Sam widziałem wiele razy wizerunek czy ikonę (również uważaną za jedną z Czarnych Madonn), która jest nazywana Madonną św. Łukasza i przechowywana w Bolonii, w mieście, gdzie studiowałem inżynierię. Miałem też okazję zobaczyć sławny wizerunek z Częstochowy w Polsce, który jest jednym z najlepiej zachowanych i największych. Inna jeszcze, tak zwana Nikopeia, znajduje się w Wenecji... Ciekawym aspektem wizerunków zwanych Czarnymi Madonnami jest to, że wydają się przedstawiać Dziewicę Maryję jako niewiastę starszą. Niezwykłość polega na tym, że w historii Kościoła nie ma tradycji przedstawiania Dziewicy Maryi jako kobiety w podeszłym wieku. Dziewica Maryja była zasadniczo zawsze przedstawiana na dwa sposoby. W niektórych przypadkach jako młoda dziewczyna w wieku od piętnastu do dwudziestu lat, na przykład w scenach Zwiastowania; w innych przypadkach — jako kobieta dojrzała, w wieku około czterdziestu pięciu — pięćdziesięciu lat, w scenach Matki Boskiej Bolesnej lub w scenach Wniebowzięcia. Dość rzadkie są wyobrażenia Maryi jako małej dziewczynki czy to w chwili Jej narodzin, czy też w towarzystwie rodziców (w Mediolanie, na przykład, katedra jest dedykowana właśnie Dzieciątku Maryi, Mariae Nascenti). Brak natomiast praktycznie wizerunków Dziewicy Maryi jako kobiety starej, a przynajmniej posuniętej w latach. I to mimo tego, że wiemy, iż Maryja żyła dalej po śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa. Św. Jan Apostoł po śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa wziął Ją do siebie aż do dnia wniebowzięcia. Gdzie jednak mieszkał św. Jan? Istnieje wielka i starożytna tradycja, która wskazuje, że miejscem tego pobytu było miasto Efez. I tam, w Efezie, w Turcji, nad brzegiem morza, pokazywany jest wciąż dom uważany za dom Maryi Panny. Zachował się również przekaz, że św. Łukasz, kiedy zabrał się za gromadzenie faktów z życia Chrystusa, aby napisać swoją Ewangelię, udał się właśnie do Efezu, by uzyskać informację od Maryi. Faktycznie, jego Ewangelia zawiera szczegóły, których nie mógłby uzyskać od nikogo innego. Efez to miasto leżące nad morzem, niezbyt daleko od miejsca, gdzie następnie założony został Konstantynopol. Można więc sobie wyobrazić, że ludzie z Efezu chcieli w jakiś sposób utrwalić rysy Matki Jezusa. Pamiętam, że kiedy byłem małym chłopcem, żyła jeszcze matka św. Marii Goretti: wszyscy chcieli ją zobaczyć, w moim miasteczku organizowano nawet wyprawy autobusowe, by ją spotkać; mieszkała niezbyt daleko od mego domu, można było pojechać tam i z powrotem w ciągu jednego dnia... Jest więc rzeczą dozwoloną myśleć, że z różnych stron ludzie zdążali do Efezu, aby poznać Matkę Pana, Panią Naszą, Przenajświętszą Maryję i że pragnęli zabrać ze sobą Jej obraz. Nabożna tradycja, związana z wizerunkami Czarnych Madonn, sugeruje, że to sam św. Łukasz Ewangelista namalował pierwszy i najsławniejszy wizerunek Matki Boskiej, ów pierwotny Wizerunek, którego już nie posiadamy, lecz od którego pochodzą wszystkie kopie, nazywane w ten sposób. Nawet jeśli nie można mieć co do tego pewności, wydaje się w każdym razie, że z wielkim prawdopodobieństwem Czarne Madonny oddają istotne rysy Matki Boskiej w wieku dojrzałym, a więc przed Jej wniebowzięciem. Według niektórych uczonych fakt, że Czarne Madonny przedstawiają kobietę dojrzałą, jest wręcz dobrym znakiem i wskazówką autentyczności, właśnie ze względu na swoją niecodzienność. Niektóre wspólne cechy Czarnych Madonn to: twarz raczej wydłużona, dość wydatne czoło, długi i delikatny nos, niezbyt szeroki i bez wystającego w dół koniuszka (typowego dla nas, Europejczyków: w naszym przypadku to spadek po skrzyżowaniu się Rzymian — na ich posągach tego nie ma — z barbarzyńcami). Na najstarszym portrecie Maryi widać również czubek nosa lekko wydłużony do przodu. Można by odnotować jeszcze wiele szczegółów dotyczących ust, a zwłaszcza oczu... Rzeczywiście, ci, którzy obserwują Czarne Madonny, są na ogół pod wielkim wrażeniem oczu, jak gdyby autor wizerunku miał szczególny talent, lub otrzymał szczególny dar, pozwalający namalować owo spojrzenie — ostre, naznaczone cierpieniem, dobre, które widziało na krzyżu Syna i które spogląda na dzieci, jak spogląda na Syna; spojrzenie, które każdy chciałby odczytywać jako przychylne sobie, a nigdy nieprzychylne: nunc et in hora mortis nostrae, „teraz i w godzinę śmierci naszej”. Powracając do pięknego wyrażenia Dantego, oblicze Maryi jest więc obliczem, „które najbardziej przypomina” oblicze Chrystusa; tak więc również poprzez rysy z wizerunku Maryi, które da się odczytać z owych starożytnych Czarnych Madonn, jesteśmy, być może, w stanie dotrzeć do rysów Jezusa z Nazaretu, by przybliżać się coraz bardziej do spełnienia tego nieprzemijającego pragnienia: Vultum Tuum, Domine, requiram, Vultum Tuum („Twojego Oblicza szukam, o Panie, Twojego Oblicza”). 13. Posłannictwo Pana Jezusa Podejmijmy na nowo czytanie Ewangelii. — Piętnaste czytanie: Jezus i powołanie celnika. „Odchodząc stamtąd, Jezus ujrzał człowieka imieniem Mateusz, siedzącego w komorze celnej, i rzekł do niego: «Pójdź za Mną!». On wstał i poszedł za Nim. Gdy Jezus siedział w domu za stołem, przyszło wielu celników i grzeszników i siedzieli wraz z Jezusem i Jego uczniami. Widząc to, faryzeusze mówili do Jego uczniów: «Dlaczego wasz Nauczyciel jada wspólnie z celnikami i grzesznikami?». On, usłyszawszy to, rzekł: «Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają (...). Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary. Bo nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników»” (Mt 9, 9—13). — Szesnaste czytanie: Jezus i powołanie rybaków. „Przechodząc obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał Szymona i brata Szymonowego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. Jezus rzekł do nich: «Pójdźcie za Mną, a sprawię, że się staniecie rybakami ludzi». I natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim. Idąc nieco dalej, ujrzał Jakuba, syna Zebedeusza, i brata jego Jana, którzy też byli w łodzi i naprawiali sieci. Zaraz ich powołał, a oni zostawili ojca swego, Zebedeusza, razem z najemnikami w łodzi i poszli za Nim” (Mk 1, 16—20). — Siedemnaste czytanie: Jezus kroczy po wodzie. „Zaraz też [Jezus] przynaglił swych uczniów, żeby wsiedli do łodzi i wyprzedzili Go na drugi brzeg, do Betsaidy, zanim odprawi tłum. Gdy rozstał się z nimi, odszedł na górę, aby się modlić. Wieczór zapadł, łódź była na środku jeziora, a On sam jeden na lądzie. Widząc, jak się trudzili przy wiosłowaniu, bo wiatr był im przeciwny, około czwartej straży nocnej przyszedł do nich, krocząc po jeziorze, i chciał ich minąć. Oni zaś, gdy Go ujrzeli kroczącego po jeziorze, myśleli, że to zjawa, i zaczęli krzyczeć. Widzieli Go bowiem wszyscy i zatrwożyli się. Lecz On zaraz przemówił do nich: «Odwagi, Ja jestem, nie bójcie się!». I wszedł do nich do łodzi, a wiatr się uciszył. Oni tym bardziej byli zdumieni w duszy (...). Gdy się przeprawili, przypłynęli do ziemi Genezaret i przybili do brzegu” (Mk 6, 45—53; por. Mt 14, 22—27). — Osiemnaste czytanie: Jezus ucisza burzę. „Gdy zapadł wieczór owego dnia, rzekł do nich: «Przeprawmy się na drugą stronę». Zostawili więc tłum, a Jego zabrali, tak jak był w łodzi. Także inne łodzie płynęły z Nim. Naraz zerwał się gwałtowny wicher. Fale biły w łódź, tak że łódź już się napełniała. On zaś spał w tyle łodzi na wezgłowiu. Zbudzili Go i powiedzieli do Niego: «Nauczycielu, nic Cię to nie obchodzi, że giniemy?». On wstał, rozkazał wichrowi i rzekł do jeziora: «Milcz, ucisz się!». Wicher się uspokoił i nastała głęboka cisza. Wtedy rzekł do nich: «Czemu tak bojaźliwi jesteście? Jakże wam brak wiary?». Oni zlękli się bardzo i mówili jeden do drugiego: «Kim właściwie On jest, że nawet wicher i jezioro są Mu posłuszne?»” (Mk 4, 35—41). — Dziewiętnaste czytanie: Jezus potępia ambicje. „Tak przyszli do Kafarnaum. Gdy był w domu, zapytał ich: «O czym to rozprawialiście w drodze?». Lecz oni milczeli, w drodze bowiem posprzeczali się między sobą o to, kto z nich jest największy. On usiadł, przywołał Dwunastu i rzekł do nich: «Jeśli kto chce być pierwszym, niech będzie ostatnim ze wszystkich i sługą wszystkich!»” (Mk 9,33—35). — Dwudzieste czytanie: Jezus nie ufał im. „Kiedy zaś przebywał w Jerozolimie w czasie Paschy, w dniu świątecznym, wielu uwierzyło w imię Jego, widząc znaki, które czynił. Jezus natomiast nie zwierzał się im, bo wszystkich znał i nie potrzebował niczyjego świadectwa o człowieku. Sam bowiem wiedział, co w człowieku się kryje” (J 2, 23—25). 14. Śmierć i Zmartwychwstanie — Dwudzieste pierwsze czytanie: Jezus nakazał, by go rozwiązać. „Był pewien chory, Łazarz z Betanii, z miejscowości Marii i jej siostry Marty. (...) Siostry zatem posłały do Niego wiadomość: «Panie, oto choruje ten, którego Ty kochasz». (...) Mimo jednak, że słyszał o jego chorobie, zatrzymał się przez dwa dni w miejscu pobytu [na drugim brzegu Jordanu]. Dopiero potem powiedział do swoich uczniów: (...) «Łazarz, przyjaciel nasz, zasnął, lecz idę, aby go obudzić». (...) Kiedy Jezus tam przybył, zastał Łazarza już od czterech dni spoczywającego w grobie. (...) Kiedy zaś Marta dowiedziała się, że Jezus nadchodzi, wyszła Mu na spotkanie. Maria zaś siedziała w domu. Marta rzekła do Jezusa: «Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł (...)». Rzekł do niej Jezus: «Brat twój zmartwychwstanie». Rzekła Marta do Niego: «Wiem, że zmartwychwstanie w czasie zmartwychwstania w dniu ostatecznym». Rzekł do niej Jezus: «Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki. Wierzysz w to?». Odpowiedziała Mu: «Tak, Panie! Ja wciąż wierzę, żeś Ty jest Mesjasz, Syn Boży, który miał przyjść na świat». (...) Gdy więc Jezus ujrzał, jak płakała ona [Maria] i Żydzi, którzy razem z nią przyszli, wzruszył się w duchu, rozrzewnił (...). Jezus zapłakał. A Żydzi rzekli: «Oto, jak go miłował!» (...) A Jezus ponownie, okazując głębokie wzruszenie, przyszedł do grobu. (...) Jezus rzekł: «Usuńcie kamień». (...) Usunięto więc kamień. Jezus (...) zawołał donośnym głosem: «Łazarzu, wyjdź na zewnątrz!». I wyszedł zmarły, mając nogi i ręce powiązane opaskami, a twarz jego była zawinięta chustą. Rzekł do nich Jezus: «Rozwiążcie go i pozwólcie mu chodzić». Wielu więc spośród Żydów przybyłych do Marii ujrzawszy to, czego Jezus dokonał, uwierzyło w Niego. Niektórzy z nich udali się do faryzeuszów i donieśli im, co Jezus uczynił. Wobec tego arcykapłani i faryzeusze zwołali Wysoką Radę i rzekli: «Cóż my robimy wobec tego, że ten człowiek czyni wiele znaków? [Quit facimus, quia hic homo multa signa facit?]. Jeżeli Go tak pozostawimy, to wszyscy uwierzą w Niego» (...) Tego więc dnia postanowili Go zabić [Ab illo ergo die cogitaverunt ut interficerent eum]. (...) Arcykapłani zaś i faryzeusze wydali polecenie, aby każdy, ktokolwiek będzie wiedział o miejscu Jego pobytu, doniósł o tym, aby Go można było pojmać [Dederant autem pontifices et Pharisaei mandatum, ut si quis cognoverit ubi sit, indicet, ut apprehendant eum]” (por. J 11, 1—57). — Dwudzieste drugie czytanie: Jezus pogrążony w smutku modli się. „Wtedy Jezus im rzekł: «Wszyscy zwątpicie we Mnie. (...) Lecz gdy powstanę, uprzedzę was do Galilei». (...) A kiedy przyszli do ogrodu zwanego Getsemani, rzekł Jezus do swoich uczniów: «Usiądźcie tutaj, Ja tymczasem będę się modlił». Wziął ze sobą Piotra, Jakuba i Jana i począł drżeć, i odczuwać trwogę. I rzekł do nich: «Smutna jest moja dusza aż do śmierci; zostańcie tu i czuwajcie!». I odszedłszy nieco dalej, upadł na ziemię i modlił się (...) Potem wrócił i (...) rzekł do nich: «(...) Przyszła godzina, oto Syn Człowieczy będzie wydany w ręce grzeszników. Wstańcie, chodźmy, oto zbliża się mój zdrajca»” (por. Mk 14, 27—42). — Dwudzieste trzecie czytanie: Jezus zostaje osądzony przez Sanhedryn. „Ci zaś, którzy pochwycili Jezusa, zaprowadzili Go do najwyższego kapłana, Kajfasza, gdzie zebrali się uczeni w Piśmie i starsi. (...) Tymczasem arcykapłani i cała Wysoka Rada szukali fałszywego świadectwa przeciw Jezusowi, aby Go zgładzić. Lecz nie znaleźli, jakkolwiek występowało wielu fałszywych świadków. (...) Wtedy powstał najwyższy kapłan i rzekł do Niego: «Nic nie odpowiadasz na to, co oni zeznają przeciwko Tobie?». Lecz Jezus milczał. A najwyższy kapłan rzekł do Niego: «Poprzysięgam Cię na Boga żywego, powiedz nam: Czy Ty jesteś Mesjasz, Syn Boży?». Jezus mu odpowiedział: «Tak, Ja Nim jestem. Ale powiadam wam: Odtąd ujrzycie Syna Człowieczego, siedzącego po prawicy Wszechmocnego i nadchodzącego na obłokach niebieskich». Wtedy najwyższy kapłan rozdarł swoje szaty i rzekł: «Zbluźnił. Na cóż nam jeszcze potrzeba świadków? Oto teraz słyszeliście bluźnierstwo. Co wam się zdaje?». Oni odpowiedzieli: «Winien jest śmierci». Wówczas zaczęli pluć Mu w twarz i bić Go pięściami, a inni policzkowali Go” (por. Mt 26, 57—67). — Dwudzieste czwarte czytanie: Zmartwychwstały pośród swoich. „Tego samego dnia dwaj z nich byli w drodze do wsi, zwanej Emaus (...). Rozmawiali oni z sobą o tym wszystkim, co się wydarzyło. Gdy tak rozmawiali i rozprawiali z sobą, sam Jezus przybliżył się i szedł z nimi”. [„Szedł z nimi”: Pan ze sług, których spotkał, uczynił nas przyjaciółmi. Dlatego powiedział nam: „Już was nie nazywam sługami, ale przyjaciółmi”, jak to przytacza 15 wiersz 15 rozdziału Ewangelii św. Jana, co każe św. Ireneuszowi zawołać: Causa immortalitatis amicitia Domini est]. „W tej samej godzinie wybrali się i wrócili do Jerozolimy. Tam zastali zebranych Jedenastu i innych z nimi, którzy im oznajmili: «Pan rzeczywiście zmartwychwstał i ukazał się Szymonowi». Oni również opowiadali, co ich spotkało w drodze, i jak Go poznali przy łamaniu chleba. A gdy rozmawiali o tym, On sam stanął pośród nich i rzekł do nich: «Pokój wam!». Zatrwożonym i wylękłym zdawało się, że widzą ducha. Lecz On rzekł do nich: «Czemu jesteście zmieszani i dlaczego wątpliwości budzą się w waszych sercach? Popatrzcie na moje ręce i nogi: to Ja jestem. Dotknijcie się Mnie i przekonajcie: duch nie ma ciała ani kości, jak widzicie, że Ja mam». Przy tych słowach pokazał im swoje ręce i nogi. Lecz gdy oni z radości jeszcze nie wierzyli i pełni byli zdumienia, rzekł do nich: «Macie tu coś do jedzenia?». Oni podali Mu kawałek pieczonej ryby. Wziął i jadł wobec nich” (Łk 24,13— por. J 20,19—21). opr. aw/aw
Вቦврոзе иլθሀիхеդа
Ջօщጮնιηож ማ ኔ
Ուцапраж озеνикխցуձ
Лойащ но уጧегошачук
Χоዕа ζещиպሰн кεշизо
Е ωврեписни
Չωлխх αጊозв мուлаክ
ሔестի ижаչαմет եግи
Крխ υтанεրօጽθк еփеֆубо
Свուծуναцև ባኀ е
Σኸηуኾαթесн ናዣиպ
ፎψፒթ ኽեχинт
Сусл вιхуχու ն
Аሁеδሺфивυ ցаጬоς напореξቁሥ
Уса аኾуγазвէкр
Փጸ οвриզኅջ луклопዖму
Wspomnij, że to Oblicze cierpiało niewypowiedzianie i nosiło ciernie naszych grzechów, by zadośćuczynić Twojej Sprawiedliwości. Spójrz na te Boskie Rany! One wołają nieustannie, a wraz z nimi i ja pragnę wołać: miłosierdzia, miłosierdzia, miłosierdzia dla grzeszników! Amen. Litania do Najświętszego Oblicza Jezusa Kyrie, elejson,
Rozmowa z doktorem LEONARDEM PIKIELEM, patomorfologiem ze Szpitala Specjalistycznego św. Wojciecha w Gdańsku - Zaspie, znawcą problematyki Całunu Turyńskiego - Jako lekarz patrzy pan inaczej na mękę Chrystusa? - Chyba nie, w obliczu tego wydarzenia nawet lekarz musi z pokorą schylić czoła. Kwestię męki Jezusa Chrystusa postrzegam głównie za sprawą Całunu Turyńskiego, o autentyczności którego jestem przeświadczony. - Dramat rozpoczyna się w nocy. Najpierw Wieczerza, później bezsenna noc w ogrodzie Getsemani. - Musimy sobie uświadomić, że tej nocy mamy pełnię księżyca, ponieważ Pascha wypada w sobotę po wiosennej pełni. A zatem wydarzenia tej nocy są dokładnie widziane przez świadków. To ważne, bo pojmanie Jezusa i zaparcie się Piotra ma miejsce jeszcze w nocy. Kogut, który zapiał, w tamtym rejonie odzywa się około Również nocą obradował Sanhedryn. - Mateusz pisze, że po schwytaniu "pluli na jego oblicze i policzkowali go, a drudzy bili go pięściami". Łukasz pogłębia ten opis: "i zasłoniwszy mu twarz pytali mówiąc: prorokuj kto jest ten, kto cię uderzył". - Na całunie pozostały ślady, które mogłyby być świadectwem tych uderzeń, zwłaszcza prawy policzek i okolica prawego oczodołu były opuchnięte. - Pośród krytyków filmu "Pasja" pojawił się zarzut, że Rzymianie bili Jezusa jeszcze przed zapadnięciem wyroku, o czym ewangeliści milczą. - Nie uważam tego za nieprawdopodobne. Trzeba pamiętać, że mamy do czynienia z żołnierzami zaciężnymi pochodzącymi z Azji Mniejszej, z żołdakami, którzy mieli w pogardzie Żydów. - Biczowanie jest już poświadczone przez świadków. Prawo rzymskie ustanowiło maksymalną liczbę uderzeń na 40. - Owszem, mamy 40 uderzeń, ale trzeba pamiętać, że bicz rzymski składał się z paru rzemieni zakończonych kostkami lub ciężarkami. A zatem każdy cios pozostawiał wielokrotne urazy. - Z przekazów historycznych wiadomo, że skutkiem biczowania było czasem wręcz rozerwanie ciała. - Należy sadzić, że mężczyźni, którzy się do tego zabrali, nie żałowali siły. Jeśli jednak wnioskować po śladach na Całunie, to rany nie zmasakrowały ciała aż tak potwornie. Pozostały ślady po drobnych ranach, jest ich ponad 100, więc uderzeń mogło być około 40. Nie odsłoniły jednak mięśni ani nie zdarły skóry. Prawie na pewno nie doszło do uszkodzenia wątroby ani pęknięcia śledziony, bo w takim wypadku Jezus zginąłby po drodze. Urazy osłabiły jednak tego blisko 40-letniego mężczyznę (pamiętajmy, że w rzeczywistości urodził się prawdopodobnie w 7 wieku przed naszą erą) do tego stopnia, że była obawa, że umrze po drodze. - "I uplecioną z ciernia koronę założyli na głowę jego..." - Najprawdopodobniej koronę z gałązek akantu. Ślady po tych zranieniach pozostały również na całunie. Są krople krwi na potylicy, jest też kropla spływająca na czoło. - Jak to możliwe, że skazaniec był w stanie unieść na barkach tak ciężką belkę? - Krzyż, jednak krzyż, a nie belkę. Teza o dźwiganiu wyłącznie belki zrobiła się modna, ale w moim przekonaniu Jezus niósł na ramionach krzyż. Takie świadectwo daje Całun. Jeśli dźwigałby na plecach belkę, to musiałby być do niej przywiązany lub przybity. Przekazanie jej Szymonowi Cyrenejczykowi byłoby z technicznego punktu widzenia kłopotliwe, co innego przekazanie krzyża. Na Całunie Turyńskim widać otarcie na plecach na wysokości łopatki. Ponadto Ewangelie mówią o "krzyżu". - To ogromny ciężar. - Jezus według Całunu miał około 180 cm wzrostu, pracował w życiu fizycznie, był zapewne silnym mężczyzną. Podłużna belka krzyża miała mniej więcej 3 metry, jej koniec był wleczony po ziemi. Odległość, którą musiał przebyć nie była aż tak wielka, wynosiła mniej niż kilometr. - Jezus zostaje przybity do krzyża. - Całun jednoznacznie to potwierdza. To jest ogromny uraz. Gwoździe, żeby utrzymać ciężar ciała, nie mogły być wbite w dłoń, ponieważ wbite w przestrzeń międzykostną rozerwałyby ciało. Całun wskazuje, że wbite były w nadgarstek złożony z ośmiu wiązadłowo powiązanych kości. To był ogromny ból, bo łączył się ze zmiażdżeniem jednej z kości albo z rozerwaniem więzadeł. Druga ewentualność zakłada, że gwóźdź był wbijany do przestrzeni międzykostnej w obwodowej części przedramienia. Tak wbity gwóźdź znajduje się w przedramieniu ukrzyżowanego w końcu I wieku Żyda znanego z imienia, którego szczątki zostały odkopane w Jerozolimie. - Opis samego ukrzyżowania jest zastanawiająco lakoniczny. - Tak, ponieważ przeciętny czytelnik czy słuchacz przekazu ewangelicznego wiedział z doświadczenia, jak wyglądało ukrzyżowanie. To nie wymagało dodatkowych opisów. Aby przedłużyć cierpienie ciało zawieszano na trzonku umieszczonym między udami. Męka na krzyżu mogła przybierać różne natężenie w zależności od rozpostarcia ramion. Im szerzej rozpostarte ramiona, tym większa udręka. Różnie też mocowano nogi na krzyżu. Czasem miedzy uda wprowadzano kołek, na którym skazaniec właściwie siedział i wówczas męczarnia mogła trwać nawet kilka dni. Innym sposobem było umieszczanie nóg na podpórce, wówczas ukrzyżowany miał szansę stać i w ten sposób zmniejszać uraz szeroko rozpostartych ramion. Stopy Człowieka, którego obraz daje Całun, były przybite wprost do krzyża jednym gwoździem, z założeniem lewej nogi na prawą i wyłamaniem stóp do dołu. Takie zamocowanie oznaczało, że podparcie się było bardzo trudne. Tym między innymi należy tłumaczyć stosunkowo szybką śmierć Jezusa. - Panie doktorze, mamy Człowieka umęczonego w sposób, który u wielu powodowałby pewnie utratę przytomności. Jak to możliwe, że Jezus był w stanie mówić na krzyżu? - Rzeczywiście, trzeba dodać jeszcze, że na każdy gwóźdź przy wyciagnięciu ramion działa siła około 60-80 kilogramów. Proszę zwrócić uwagę na gimnastyków wykonujących ćwiczenia na kółkach. Pozycja na rozpostartych ramionach wymaga potężnej muskulatury i jest utrzymywana bardzo krótko. Można z tego wnosić, że w przypadku człowieka ukrzyżowanego mamy do czynienia z ogromnym obciążeniem i bólem. Mamy więc ból, stres i rozwijający się wstrząs urazowy. Podczas wejścia w stan wstrząsu zmniejsza się odczuwanie bólu. Bywa, że człowiek nie wie o tym, że ma zmiażdżone kończyny. Podczas wstrząsu spada krążenie, porażone zostają naczynia krwionośne na obwodzie i w efekcie człowiek umiera. Dlatego w akcji ratunkowej rzeczą podstawową jest opanowanie wstrząsu. Jezus był prawdopodobnie w ciężkim wstrząsie urazowym. Proszę zwrócić uwagę, że na krzyżu jest jakby nieobecny. - Ale jednak wypowiada kilka zdań. - Bardzo krótkich. Oddaje matkę pod opiekę Janowi i wreszcie woła "Eli, Eli, lamma sabachtani". - Mówi też do jednego z ukrzyżowanych obok niego. Drugi wisząc na krzyżu kpi sobie z Jezusa. - Nie wiemy, w jaki sposób ukrzyżowani zostali dwaj ludzie towarzyszący Jezusowi. Być może byli uwiązani, a nie przybici do krzyża. Wiemy, że obaj przeżyli Jezusa. Kiedy trzeba było zdjąć ciała przed Szabatem, obu skazańcom żołnierze łamią golenie, aby w ten sposób wytrącić im podparcie i zakończyć agonię. Jezus jest już wówczas martwy. - Pomimo to żołnierz rzymski przebija Go włócznią. - Przebija bok, aby potwierdzić zgon. To rana, przy której Jezus nie czuł już bólu, ale zarazem najważniejsza z wszystkich, ponieważ poświadcza ostatecznie, że człowiek, którego widziano później żywego, na krzyżu już nie żył. A zatem ta rana jest jednym z kluczowych dowodów na Zmartwychwstanie. - Co było bezpośrednią przyczyną śmierci Jezusa? Większość komentatorów biblijnych twierdzi, że uduszenie. - W moim przekonaniu nie ma na to wystarczających dowodów. Oczywiście takie zawieszenie na ramionach w znaczny sposób utrudnia oddychanie, ale do przeżycia wystarczyło mu oddychanie przy pomocy mięśni żebrowych i przepony, która jest głównym mięśniem oddechowym. Według mnie, z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, że śmierć nastąpiła wskutek wstrząsu urazowego. Dowodem na to jest to, co stało się po śmierci: po otwarciu boku i przebiciu włócznią wypłynęła - według ewangelisty - krew i woda. Taką sytuacje miewamy na stole sekcyjnym w przypadku osób umierających długo i ze zwolnieniem przepływu krwi. Część krwinek czerwonych zalega na obwodzie, a do serca wraca krew zawierająca głównie osocze. Otwarcie boku przez żołnierza musiało nastąpić po ustaniu krążenia, ale przed skrzepnięciem krwi, czyli w ciągu kilkudziesięciu minut od śmierci. Koniec włóczni trafił w prawą część serca, z której wypłynęło osocze, odebrane przez Jana jako woda. Dopiero potem spłynęła krew z górnych części ciała. A zatem opis ewangelisty jest bardzo precyzyjny. - Czy obraz tego Człowieka powraca w obcowaniu z cierpieniem, które dla lekarza jest chlebem powszednim? - Cierpienie Chrystusa było wielkie, ale przecież nie jedyne. Wcześniej i później ukrzyżowano tysiące ludzi - obrońców Tyru, powstańców Spartakusa, uczestników powstania w Palestynie. Męka Jezusa była skrajnie wielka, ale nie tak długa, jak wielu innych. O ile jednak w przypadku innych zawsze w mianowniku tej męki pozostawał grzech, o tyle u Jezusa grzechu nie było. Świadomość tej ofiary bardzo pomogła mi w życiu, zwłaszcza w momentach kryzysu wiary. - Wybiera się pan na "Pasję "? - Nie, nie chcę na opis ewangeliczny nakładać niczyjej wizji. Jak każdy z ludzi wierzących noszę w swojej wyobraźni sceny Pasji. I niech tak zostanie.
W 1988 r. trzy zespoły badawcze (z Zurychu, Oksfordu i Tucson w USA) badały wiek całunu metodą datowania radiowęglowego. W tym celu wycięto z płótna próbkę o powierzchni 8 cm kw.
Datowanie. obiekt współczesny (po 2000) Technika wykonania. inna. 3, 00 zł. 22,00 zł z dostawą. Produkt: Ikona Maryja z Jezusem Ręcznie malowana 11,5x9,5 cm. dostawa za 12 dni. 2 osoby licytują.